rozpoczęciem prac (w każdym razie w układzie, w którym ty dostarczasz
materiały). Jeśli ekipa by mnie wystawiła, to i tak miałbym problem, a z
kolei olewusów na siłę bym i tak nie chciał zatrzymywać
Ja harmonogram prac (terminy) ustaliłem z majstrem. Zaproponował rozsądnie,
więc to zapisaliśmy i już.
Niektóre terminy przeciągnęły się z mojej winy, inne z winy ekipy. W sumie z
trzech, zrobiły się cztery miesiące, a ja się nie czepiałem i ekipa też nie
miała uwag (zwykle ciągną więcej niż jedną budowę w danym czasie).
Harmonogram prac był związany z harmonogramem płac.
Jeśli masz czas interesować się często postępami prac i jesteś w stanie
wiele spraw ocenić samodzielnie, to według mnie prosta umowa wystarczy.
Najwyżej się rozstaniecie jak będzie krytycznie. Warto, poza innymi
zapisami, powołać się na to, że to firma jest specjalistą w danej
dziedzinie i jej zadaniem jest realizacja zgodnie z projektem, przepisami i
dobrze pojętą sztuką budowlaną,
Jeśli twój kierownik budowy/inspektor nadzoru będzie pilnował spraw w twoim
imieniu (czytaj: wpadnie ze cztery razy na budowę) to precyzyjna,
szczegółowa i bardziej korzystna dla ciebie niż dla ekipy umowa może
uratować ci portfel. Przed budową pokładałem znacznie większe nadzieje w
kierbudzie, ale teraz muszę stwierdzić, że niewiele mi pomógł, a większość
fauli wykryłem sam lub wylazły same przy okazji innych prac.
Osobiście uważam, że ważną sprawą jest ubezpieczenie OC firmy, z którą się
dogadujesz. Jeśli mają polisę to weź kopię, przeczytaj ogólne warunki. W
razie problemów (np. zniszczenia materiałów) łatwiej coś wyrwiesz od
ubezpieczyciela niż od ekipy. Budowie systemem gospodarczym często
towarzyszą problemy z kasą, a czekanie na wyrok sądu i sukces egzekucyjny
komornika jest w tych warunkach niekomfortowe.
Za bardzo nie ufaj, że ekipa jest dobra. Ja też miałem dobrą, ale u mnie nie
postarali się tak jak na innych ich budowach na których byłem. No cóż. Nie
dopilnowałem: inni pilnowali i dopilnowali należytej staranności. Teraz
zamiast jeździć na budowę i cieszyć się, że "coś się rusza" (a bywałem dość
często), to brałbym w łapę sznurek, poziomicę i sprawdzał wtedy kiedy da się
jeszcze rozebrać, albo naprawić niedużym kosztem i bez niszczenia materiału.
Z drugiej strony nie należy popadać w paranoję. Nie widzę powodu, żeby
linczować murarza, za to że śmiał wbić gwóźdż w folię kubełkową i naruszył
bezpieczeństwo wodne naszego przyszłego domu, albo że ściana uciekła mu 1cm
od pionu. A mam wrażenie, że niektórych grupowiczów na to stać :)
Powodzenia
Krzysiek